Jak ocalaliśmy mogiły pradziadów?
Grupa dziesięciu uczniów ze Szkoły Społecznej w Kłodzku razem z p. Tomaszem Żołnierzem i p. Bartłomiejem Plutą wyjechała 2 lipca na Ukrainę do Podwołoczysk, w obwodzie tarnopolskim. We Wrocławiu odbyło się oficjalne odprawienie wszystkich, około 100 grup, biorących udział w akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”, organizowanej przez wrocławskie Studio Wschód.
Celem akcji jest doprowadzenie do porządku i posprzątanie, starych, zaniedbanych polskich cmentarzy na terenie obecnej Ukrainy. Przed urzędem wojewódzkim zostały odśpiewane pieśni patriotyczne oraz pożegnała nas minister edukacji obecnego rządu Rzeczpospolitej Polskiej, pomylona przez kilkoro z nas z p. Ewą Kopacz. Po odprawie, wszystkie grupy wyruszyły w stronę Ukrainy. Nasza podroż do Podwołoczysk z Kłodzka trwała około 24 godzin. Na miejscu zakwaterowano nas w internacie szkoły zawodowej. Po przyjeździe chciałyśmy się napić cappuccino z magnezem, znalazłyśmy elektryczny czajnik, ale nie było kubków. Poszłyśmy o nie poprosić panią opiekującą się budynkiem. Użyłyśmy wszystkich polskich słów oznaczających naczynia do picia, jakie przyszły nam do głowy. Niestety, nie zostałyśmy zrozumiane. Dopiero po jakimś czasie pani powiedziała: wy nie mają rondelka? Już po przyjeździe zorientowaliśmy się, w jak złym stanie jest internat. Później któregoś dnia nagle wyleciała nam przednia szyba z okna, na dodatek tego samego dnia drzwi do pokoju nie chciały się otworzyć i trzeba było wyłamać zamek.
W dniu przyjazdu poszliśmy na polski cmentarz, żeby zobaczyć, co nas czeka. Przez kolejne trzy dni ciężko pracowaliśmy, aby cmentarz odzyskał swoje piękno. W ciągu tych kilku dni posprzątaliśmy większość dużych grobowców: postawiliśmy przewrócone figury i krzyże na ich miejsca oraz umocowaliśmy je specjalnym klejem, groby oczyściliśmy z mchu i porostów, skosiliśmy chwasty. Punktem końcowym naszej pracy było zapalenie zniczy na grobach pochowanych tam Polaków. W pracach pomagało nam kilku Ukraińców polskiego pochodzenia.
Nasza praca została zauważona przez redaktorów miejscowej gazety, nasze zdjęcie z cmentarza i krótki artykuł znalazł się w wydaniu gazety Gomin Voli z 8 lipca 2016 roku.
Jednego dnia po pracy byliśmy w podwołoczańskim muzeum krajoznawczym. Na wystawie muzealnej zaprezentowane były m.in. wnętrze domu z XIX w., skamieniałości, militarna, materiały propagandowe, Dzieła zebrane Lenina. W muzeum p. Maria, która opiekowała się nami i jest prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej im. księdza Bronisława Mireckiego dyskutowała o liczbie Polaków, Żydów i Ukraińców z dyrektorem muzeum. Dwie strony miały dwie różne informacje o narodowości mieszkańców przed II wojną światową. Oprócz muzeum mieliśmy szansę zwiedzić odział straży pożarnej w Podwołoczyskach, zostaliśmy wyjątkowo dokładnie oprowadzeni po remizie. Czwartek 7 lipca był świętem św. Jana, według tamtejszej tradycji nie powinno się wtedy pracować. Tego dnia razem z grupą z Mirska pojechaliśmy zwiedzić zamek w Zbarażu oraz liceum krzemienieckie i kościół w Krzemieńcu. W planie wycieczki było jeszcze muzeum Juliusza Słowackiego, znajdujące się w rodzinnym dworku Słowackiego, gdzie poeta spędził dzieciństwo, ale nie zdążyliśmy do niego, ponieważ jedliśmy w tym czasie pseudopizzę.. W kościele obejrzeliśmy pomnik poety, podobno zaliczający się do trzech najważniejszych pomników Słowackiego. W piątek przenieśliśmy się z akcją porządkową na cmentarz w Hałuszczyńcach, miejscu pochówku księdza Bronisława Mireckiego. Brał on udział w bitwie pod Zadwórzem w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i był jednym z kilku ocalałych Polaków. Przez lata bolszewicy nie pozwalali mu na pracę. Przez swoją bogatą przeszłość ksiądz jest bardzo ważną postacią dla lokalnej ludności, np. polskie towarzystwo działające w Podwołoczyskach jest jego imienia. Wieczorem w miejscu spotkań Towarzystwa Kultury Polskiej im. księdza Bronisława Mireckiego odbyło się spotkanie z merem Podwołoczysk. Dowiedzieliśmy się, jak działa towarzystwo oraz kim był ksiądz Mirecki. Na cmentarzu w Hałuszczyńcach pracowaliśmy tylko jeden dzień. W sobotę z powodu deszczu musieliśmy zrezygnować z pracy. Wzięliśmy udział w mszy, odprawionej przez polskiego księdza w Hałuszczyńcach, następnie pojechaliśmy do Skałatu, aby przejść się po twierdzy i wypić kawę lub herbatę z polskim księdzem w Skałacie. W niedzielę wybraliśmy się do Kamieńca Podolskiego, aby zobaczyć twierdzę i katedrę z minaretem, dobudowanym w czasach, kiedy Turcy zajęli miasto. W poniedziałek 11 lipca po śniadaniu wyruszyliśmy z powrotem do Polski, zahaczając o Lwów. We Lwowie zobaczyliśmy Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Obrońców Lwowa oraz centrum miasta. O dziewiętnastej opuściliśmy Lwów i ruszyliśmy w stronę granicy, na której nie staliśmy zapowiadanych nam 12 godzin. Do Kłodzka przyjechaliśmy około godziny 4 rano.

Ukraina zrobiła na nas raczej dobre wrażenie, z wyjątkiem dróg, na których podczas jazdy najlepszą rzeczą do roboty było spanie. Nauczyliśmy się czytać trochę cyrylicę oraz jedliśmy ukraińskie gumiaste bezy – zefiry. Zdecydowanie, jeśli będzie taka możliwość, wrócimy za rok na Ukrainę.